|
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nieprawda. W praktyce jest zupełnie inaczej. W sieci spotkałem się ze znacznie lepszym ujęciem problemu: Jak się nie ma co się lubi, to się nie lubi tych, co mają. I tak jest w istocie. Wiemy o tym dobrze, choćby sami po sobie. O dziwo, zjawisko to ma miejsce szczególnie w środowiskach... chrześcijańskich! Tak, chrześcijańskich, Owszem, sam jestem Chrześcijaninem, śmiem deklarować się nawet jako gorliwy Chrześcijanin, jednak wielu moich pobratymców mnie wkurza swoją hipokryzją... Do czego zmierzam? W myśl powiedzenia, jeżeli ktoś żyje w dostatku, to go nie lubimy. Właśnie. Chrześcijanie mają tu ciekawe pole do popisu, bo mogą np powiedzieć, że skoro ktoś jest znany i lubiany (i bogaty) to zawdzięcza to układom z szatanem... no bo przecież nie talentowi. Tak, dobrze się domyślacie, chodzi mi przede wszystkim o muzykę. A konkretnie o sponiewierany przez chrześcijańskich mądrali Rock. Rock, który jest przez nich często mylony z Metalem, co jest pierwszym objawem dyletanctwa, oraz wrzucanie wszystkich kontrowersyjnych faktów (i spekulacji) do jednego worka o nazwie najsłynniejszego zespołu. Tak powstaje wizja jednego, kompletnie zdemonizowanego zespołu muzycznego, który jest następnie ochrzczony jako ikona wszelkiego zła, reprezentowanego przez nasz nieszczęsny Rock. I tu objawia się właśnie cała manipulacja. Faktem jest, że z różnymi sławnymi osobami wiążą się jakieś kontrowersje i one same także stanowią fakty. Ale gdy fakty te skumuluje się wokół jednego kozła ofiarnego, to powstaje mit satanizmu. Owszem, każdy może być satanistą, może nim być także muzyk, ale nie znaczy to, że Rock to z definicji muzyka szatana, litości! Ale do rzeczy. Wielu duchownych, opiera swoje przemowy na artykułach (internetowych) pochodzących z tak inteligentnych portali jak wykop czy demotywatory, niestety nie weryfikując ich treści i niejednokrotnie plotą duby smalone opowiadając rzeczy, o których sami nie mają pojęcia, bo się po prostu nie znają. Strzępy informacji łatają tendencyjnymi domysłami, po czym w tzw. dobrej wierze, słyszymy ostrzeżenia pod adresem naszych ulubieńców... ;( Przykładowo kiedyś, usłyszałem, że niejacy The Beatles (nie trzeba przedstawiać) na Białym Albumie nagrali piosenkę... My Sweet Lord, w której oddawana jest cześć Krishnie. A teraz przedstawię rzeczywistość. PO PIERWSZE: Utwór My Sweet Lord nie znajduje się na Białym Albumie. PO DRUGIE: Utwór My Sweet Lord nie należy do repertuaru zespołu The Beatles! Jest to piosenka należąca do samego George`a Harrisona (tak, eks-Beatlesa), który napisał ją (no, melodię podobno splagiatował) długo po rozpadzie zespołu. Nie należy więc tego utworu używać do osądzania zespołu. The Beatles jako zespół nie manifestowali żadnego światopoglądu i nie nawoływali do niczego, poza miłością, czego wymowną ilustracją jest jedna z ikon zespołu, piosenka pod tytułem All You Nesd Is Love. Tak, "Wszystko czego potrzebujecie, to miłość". A czyż Chrześcijanie nie mają zwyczaju mówić, że Bóg jest miłością? Jasne, The Beatles raczej nie to mieli na myśli, ale jedno jest pewne - na pewno nie mieli zamiaru deprawować młodzieży... Faktem jest, że John Lennon był agnostykiem, ale w żadnym z utworów The Beatles tego nie manifestował. George Harrison interesował się hinduizmem, co dało się odczuć w klimacie tworzonym przez jego piosenki, jednak nadal nie wzywały one do żadnego światopoglądu. Swoje światopoglądy eks-Beatlesi zaczęli manifestować dopiero w czasie solowej twórczości, po rozpadzie zespołu, ale to już jest ich prywatna historia. I tu kolejna manipulacja. Utwory z solowej twórczości eks-Beatlesów takie jak Imagine Johna Lennona, czy właśnie My Sweet Lord Harrisona, są używane jako "osiągnięcia" zespołu The Beatles, co jest przecież jawną nieprawdą. Owszem, prawdą jest, że treści zawarte w utworze Imagine, są przykre z perspektywy Chrześcijan, ale powinniśmy także spojrzeć z perspektywy autora i świata w jakim żył. Lennon nie był przesiąkniętym złem demoralizatorem, po prostu zawiódł się na ludzkości, na Chrześcijanach też, możliwe, że z powodu opartego na podobnym problemie, jaki poruszam teraz. Harrison. Nic w swoim życiu nie znalazł, co by go zainteresowało, jedynie hinduizm go przekonywał. Jego wina? Wszyscy czterej Beatlesi byli poszukiwaczami sensu życia. Nie odczuwali sensu życia, poszukiwali źródła szczęścia. Dlatego chwytali się różnych rzeczy, takich jak medytacja transcendentalna, czy marihuana. Wszystkie te rzeczy prędzej czy później porzucili, bo zauważali, że nie daje im to nic na dłuższą metę. Najlepiej tak demonizować kogoś, oni przeciec szukali. Szukali Prawdy. Dlaczego nikt nie wyszedł im naprzeciw? Czemu nikt nie pokazał im innej wizji Chrześcijaństwa, niż ta, na której się zawiedli? Wszyscy czterej szukali, dwaj już nie żyją, miejmy nadzieję, że przed śmiercią, dokonali właściwego wyboru. Ringo Starr i Paul McCartney żyją i mają się dobrze. McCartney stosunkowo niedawno napisał piękną piosenkę The End of The End. Proponuję samodzielnie zbadać temat. Ringo? Zawsze był spokojnym facetem, tak spokojnym, że w sumie nie wiele o nim wiadomo;) Kolejną kwestią jest tak zwany backmasking, kolejny obiekt ataków, zarzucających propagowanie satanizmu... Jak dotąd nie trafiłem na żadne nagranie (poza jednym), które rzeczywiście zawierałoby ukryty przekaz na użytek szatana. Większość przykładów zawiera zwykły bełkot, który po wielokrotnym odsłuchaniu można podciągnąć pod różne wyrażenia, zwłaszcza, jeżeli wcześniej nam się zasugeruje, co mamy tam usłyszeć! I mądrzy Chrześcijanie dają się na to nabrać... Backmasking ma na celu przede wszystkim wrażenia estetyczne, proste w wykonaniu efekty specjalne. Zdarza się, że backmaskingu używa się również do ukrycia tzw. Easter Eggów, czyli zagadkowych niespodzianek, mających na celu szeroko rozumiane urozmaicenie. Wtedy też rzeczywiście, w utworach znajdują sie ukryte wiadomości, jak w piosence Empty Spaces zespołu Pink Floyd (nie, nic satanistycznego, całkiem zabawny przekaz, pozbawiony jakiegokolwiek głębszego sensu). Jedynym utworem, w którym rzeczywiście znajduje się ukryta oda do szatana, jest utwór Stairway to Heaven, zespołu Led Zeppelin. Początkowo lekceważyłem ten fakt (nie, nie słucham tego zespołu, znam tylko ten jeden utwór), uważając, że to ich problem, że igrają z nieczystymi siłami, ale doświadczenie zmieniło moje zdanie. Zauważyłem, że odsłuchiwanie tego utworu przynosi nieszczęścia. Przynajmniej w moim życiu. Dlatego też pozbyłem się tego utworu i za wszelką cenę go unikam. Jest to jednak wyjątek od reguły, niestety mało kto rozumuje podobnie jak ja. O Led Zeppelin się nie mówi, a właściwość Stairway to Heaven jest przypisywana "jednej z piosenek" The Beatles... Tak, jestem Chrześcijaninem. Tak, chcę służyć Bogu. Tak, wiem, że na tym świecie zło czai się na każdym kroku, ale ludzie, zważajmy na zło tam, gdzie ono jest, a nie tam, gdzie uważamy, że jest, bo niedługo dojdzie do rzeczy takich jak np.: Dowiemy się, że mrugamy 666 razy na minutę, lub robimy 666 wdechów i wydechów na minutę, i zaczniemy ćwiczyć świadome mruganie/oddychanie, żeby czasem nie czcić szatana mrugnięciami/oddechami... Bo do tego to wszystko zmierza. Na dziś to tyle, jak coś przyjdzie mi do głowy w tym czy innym temacie, to nie zawaham się tego zaprezentować. Dodaj komentarz
|
|